Pisze Danuta Drzewińska
KANON LEKTUR POZASZKOLNYCH JAROSŁAWA K.
Dzieci poszły do szkół i zajęły się przyswajaniem lektur z nowego kanonu ogłoszonego przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. A kiedy dzieci nie ma w domu, dorosłym chce się czasem trochę poszaleć. Sięgnąć po lektury i pomoce audiowizualne niekoniecznie ze wspomnianego kanonu, ale jednak służące pokrzepieniu serc.
Jarosław K. gustuje w kryminałach, tak w życiu, jak i w sztuce, zwrócił się więc do swych współpracowników o dostarczenie mu materiałów inspirujących intelektualne przeżycia.
Zawiódł się już na wstępie, gdyż okazało się, że pierwszy kryminał pod tytułem „Szafa Lesiaka” został całkowicie spaprany. Z puenty dzieła wynikło że . główną zawartość owej szafy stanowią mole, nie zaś wiszący w niej trup III RP, ani też dokumenty mające ujawnić kulisy porażającego spisku przeciwko Braciom. Jarosław K odłożył więc lekturę z obrzydzeniem, polecił wsypać do mebla naftalinę, zamknąć go na klucz, a klucz, razem z Lesiakiem, wyrzucić z kanonu lektur.. Ta crime story zdecydowanie nie była udana, więc Jarosław K. sięgnął po inne, mogące pokrzepić jego serce dzieła. Niestety, jak miał się wkrótce przekonać, przyniosły mu one dalsze rozczarowania.
Trylogia pod tytułem „Jak Wojskowe Służby Informacyjne rządziły III Rzeczpospolitą” zapowiadała się rewelacyjnie. Na autorze o literackim pseudonimie Antoni M. można było polegać. Już raz, poprzedni utwór tego autora, utwór pod tytułem: „Lista Antoniego M.” zatrząsł polską sceną polityczną. Teraz trzęsienie sceny miało być jeszcze większe.
Pierwszy egzemplarz nowego dzieła otrzymał do recenzji Pan Prezydent, który –po lekturze- oświadczył, że spodziewał się czegoś bardziej podniecającego i że drugiego tomu trylogii nie zamierza już recenzować. Nie mówiąc o trzecim, który zapowiada się jako rejestr spraw sadowych wytoczonych autorowi dzieła przez osoby pomówione prze niego o działalność agenturalną.
Zniesmaczony Jarosław K. sięgnął po kasetę z nagraniem tak chętnie oglądanego przez publiczność serialu z życia sfer medycznych, serialu pod tytułem: „Na dobre i na złe”. Rzeczywiście, projekcja zaczęła się dobrze, skończyła się jednak źle. Oto treść odcinka: znany kardiochirurg Mirosław G., dla uzyskania korzyści materialnych, morduje pacjentów tak długo, aż tego procederu nie przerwą mu funkcjonariusze Centralnego Biura Antykorupcyjnego, zakładając chirurgowi kajdanki na rwące się do kolejnej operacji ręce. Jarosław K. jest już pewien, że ten pan nikogo więcej nie zamorduje, kiedy w akcję wkrada się zgrzyt. To zgrzyta sąd, oświadczając, że o mordowaniu nie ma mowy, niszcząc tym stwierdzeniem misterną konstrukcję dramatu.
Jarosław K. odkłada więc z niesmakiem kasetę z „Na dobre i na złe” i sięga po DVD z nagraniem uwspółcześnionej wersji słynnej, kasiarskiej historii pod tytułem RIFIFI, opisującej sztukę włamania się do bankowego sejfu.. Oto remake tego filmu:: Zbigniew Z. ksywka „Minister” jedzie do Szwajcarii, gdzie zakrada się do tamtejszych pilnie strzeżonych banków i łamie kody tajnych kont podejrzanych osobników z kręgów polskiej lewicy. Już wydawało się, że odzyskaliśmy te konta, kiedy „Minister” oświadcza, że istotnie był w Szwajcarii, ale tamtejsze banki omijał z daleka, bo go żadne konta nie interesują. (Patrz: brak zainteresowania kontami bankowymi, ze strony przełożonego „Ministra” o ksywce „Premier).
Jaka inna, bardziej udana, kryminalna historia mogła pokrzepić serce Jarpsława K.? Może inny remake, kino akcji – Znikający punkt? Punkt pojawia się w różnych miejscowościach naszej pięknej IV RP, w różnych jej sądach i prokuraturach. Bohater filmu, były prezydent Aleksander K., jeździ od punktu do punktu, oskarżenia wobec niego pojawiają się i znikają. To będzie serial – tasiemiec, na którym wyraźnie odbija się pazur wytrawnego reżysera ukrywającego się pod pseudonimem Kot Buś.
I – następna produkcja, obraz Wytwórni Filmów Kryminalnych imienia Mariusza K., dzieło pod tytułem „Ścigany”. Jego realizację cechuje szeroki rozmach: akcja dzieje się i w plenerach Mazur i w zaciszu gabinetów Ministerstwa Rolnictwa. Przy kręceniu zdjęć wykorzystano helikopter bezzałogowy, przy obsadzaniu ról – rzeczywistych i domniemanych agentów. Koszty się nie liczą, płacimy my – podatnicy. Tylko puenta marna; zabrakło finałowej sceny z nakładaniem kajdanków na ręce Ściganego.
Sfrustrowanemu Jarosławowi K. pozostaje więc klasyka: „Doktor Jekyll i Mister Hyde”. W obie postacie wciela się niejaki Janusz K., raz jako szlachetny minister Bardzo Ważnego Resortu, raz jako diabelski podrzutek Szatańskiego Układu.
Jarosława K. historia ta podnieca tak bardzo, że poleca ją włączyć do cyklu: Cała Polska czyta dzieciom. I posłom.
Jaki morał wynika dla Jarosława K. z lektur z kanonu pozaszkolnego? Ano taki, że lepiej traktować je jako relaksujące czytanki, niż jako inspirację systemu rządzenia.
There are no threads for this page.
Be the first to start a new thread.