Krótki kurs języka pogardyThis is a featured page

Dr Barbara Czerska
filozof


Nie chcę mówić w języku pogardy. Jakże jednak można go uniknąć, kiedy powszechnie panuje stając się sposobem myślenia? Czy istnieje dziś możliwość porozumienia się inaczej, niż li i jedynie poprzez określenie swojego miejsca na sztabowej mapie toczącej się bitwy, a następnie przemawiania z tej pozycji do wrogów?
Wiele lat temu Jerzy Bralczyk napisał pracę o języku propagandy sukcesu. Wydał ją, o ile wiem, w Szwecji. Wybitny ten językoznawca pokazał tam językową strukturę zakłamania. Władza niby rozmawiała z ludem w niby języku o niby sprawach.

Na straży tego języka stał nie tylko cały ówczesny państwowy aparat represji, ale też bardzo silna instytucja cenzury, której czarna księga była spisem myśli i motywów zakazanych. Naprzeciw tego stało podziemie myślące, uzbrojone w kabaret, w zakazaną działalność intelektualną, taką jak na przykład seminarium Doświadczenie i przyszłość w PAN-ie, w ludzi czynu takich jak Michnik i Kuroń, w zaplecze intelektualnie oprzyrządowanego kościoła katolickiego.
Ale panował język opisany przez Bralczyka, a nie język Leszka Kołakowskiego, Karola Wojtyły czy Jerzego Szackiego.

Taki panujący język mówi ustami dziennikarzy w głównym wydaniu dziennika telewizyjnego, w radiu, którego się słucha w pracy albo w samochodzie, w szkolnych podręcznikach historii. Staje się powszechnym i dominującym sposobem opisywania rzeczywistości. Sposobem myślenia. Przełom Solidarności wprowadził brutalnie nowy język. Poszukująca jednoznaczności i daleka od konwencjonalnej poprawności językowej mowa Lecha Wałęsy była potocznym wymiarem rewolucji w powszechnym myśleniu. Niosła wolność myślenia na własny rachunek z całym ryzykiem, jakie to za sobą pociąga.
No i tak dalej i tak dalej, aż do czasu nastania rządów Prawa i Sprawiedliwości, które to czasy dały prawo obywatelstwa językowi pogardy. A dlaczego tak sobie ten język nazywam? A dlatego, że niesie on ze sobą wszechpodejrzaność wszystkich, a jak wiadomo już podejrzany, a co dopiero skazany to są osoby , którymi można pogardzać, bo są gorsze. Podejrzani zaś są wszyscy nie - nasi. W ogóle wszyscy są podejrzani, aż nie udowodnią, że są niewinni. Ale nawet jak udowodnią, to jednak pozostają tymi, którzy byli podejrzani. Najbardziej podejrzana ze wszystkich podejrzanych obecnie w Polsce jest wolność. Ponieważ zaś podejrzany jest w naszej aktualnej rzeczywistości często ogłaszany bez sądu winnym – wolność jest winna. Winna jest ona aborcji, pornografii, obrażaniu uczuć religijnych. Winna jest temu, że wszędzie panoszy się post komuna oraz układ, a PRL rządzi. Winna jest temu, że lekarz wybiera ratowanie życia chorego, podejmując przy tym ryzyko. Gdyby nie był wolny, to by nie podejmował ryzyka i chory by umierał. Wobec tego oczywiście trzeba z tą wolnością skończyć. Ale jak? A przemocą. Droga do przemocy prowadziła przez różne etapy rozwoju Polski postkomunistycznej. Zacznijmy od podziałów. „Prawdziwi katolicy”, „prawdziwi chrześcijanie”, „prawdziwi Polacy”. Komuchy , nie – komuchy i anty – komuchy. Jednym słowem: kto lepszy? Ledwie wybrzmiała jedna równość i równiejszość już zakiełkowała nowa. Coraz wyraźniej najmniejszy przejaw wolności dogłębnie obrażał tych, którzy dobrze się mieli w niewoli. Czasy minionego zniewolenia zewnętrznego pomału stawały się przedmiotem tęsknoty płynącej ze strachu przed wolnością. Koronnym przykładem może tu być stosunek do Europy. Okazało się, ze jest laicka, czyli bezbożna, nie uznaje wyższości żadnych „prawdziwych”. Jest zasobna, czyli: nastawiona na konsumpcję. Jednym słowem przyszła pora na pospolite ruszenie przeciw Europie. Podczas referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej siły pospolitego ruszenia były już uzbrojone resentymentem małych ludzi, którzy wzięli w dzierżawę sumienia wielu Polaków. Trudno się było nie bać o to, czy się nam uda zintegrować z Europą. Teraz też jest trudno patrzeć na to jak się w Parlamencie Europejskim kłębią szokujące poglądy, pod którymi podpisuje się Polskę. Siły kłębiące się nie zgadzają się na zjednoczoną Europę i po to do niej wedle tych sił należymy, żeby utrudniać zjednoczenie. Bo wszelkie zjednaczanie się Romanowi Giertychowi kojarzy ze Związkiem Radzieckim. Na własne uszy słyszałam. Jak to się wszystko trzyma? Trzyma się na przekonaniu, że istnieje zagrożenie wymagające konsolidacji. Żeby stan zagrożenia utrzymać trzeba szukać cały czas agentów, donosicieli, aferzystów, łapowników, żydów i homoseksualistów. Potem trzeba piętnować, upokarzać, poniewierać. Jak przyjdzie czas to się osądzi, bo są twarde dowody. Ale najważniejsze jest tropienie, bo dzięki niemu nikt nie zna dnia ani godziny. W tropieniu i jego popularyzacji wyspecjalizowało się Radio Maryja i dalej się w sztuce wynajdowania wrogów specjalizuje. Jego słuchaczami są ponoć przede wszystkim osoby w wieku podeszłym. Czy zatem można liczyć na to, że formacja czynnych tropicieli odejdzie, obumrze, przeminie? Na razie dokonuje spustoszeń: opróżnia kościół z inteligentów, przetrzebia duszpasterstwo akademickie, kopie przepastne doły na drogach, po których chodzą szukający zgody i spokoju ludzie. Napełnia świat bólem. Konsoliduje podejrzliwych nie – słuchaczy. Oni nie muszą słuchać, żeby być za. Bo uważają, że jest wiele spraw podejrzanych. Dziś podejrzana jest Europa, ale podejrzany jest też świat arabski, podejrzani są murzyni. Wszystko jest podejrzane i wszystko lekceważy naszych cierpiętników. Naszych wielbiących prawdziwą naturalnie wiarę i niosących prawdziwy – naturalnie krzyż cierpiętników. Tłumacząc znaczenie pojęcia homo sovieticus ksiądz profesor Józef Tischner przytaczał taką oto historię: „Wyjazd banderii konnej był za czasów późnego Gomółki surowo zabroniony. Górale mimo to pojechali. Zatrzymuje jednego z nich milicjant i pyta: Gdzie? A ten mu odpowiada: A co ci chłopce do tego ? Koń mój, dusa moja, jade ka kcem! Otóż homo sovieticus mógł się zagnieździć tam, gdzie człowiek jeździł co najwyżej na państwowym koniu, a duszę oddawał w asumpt w charakterze wysoko zorganizowanej materii jedynie słusznej zwierzchności. Był on istotą pozbawioną wolności, a zwłaszcza zdolności samodzielnego myślenia. Myślało się jedynie słusznie językiem propagandy sukcesu Na takich stał komunizm, choć oni nie byli komunistami. Dali sobie odebrać konia i duszę, a na dodatek uporczywie chwalili ten stan. Tischner powiadał: „Homo sovieticus jest w moim mniemaniu dzieckiem komunistycznej negacji własności prywatnej.” Kiedy posiadanie było godne potępienia pozostało używanie. No i homo sovieticus wyspecjalizował się właśnie w używaniu. To pozbawiało go poczucia społecznej odpowiedzialności, które zawsze towarzyszy posiadaniu. W pierwszym rzędzie: poczucia odpowiedzialności za własną pracę. W społeczeństwie, w którym własność prywatna jest akceptowana trzeba mieć, aby używać. Inaczej było tu: nie trzeba było mieć, aby używać. Nie mieć, to jednak znaczy w praktyce: albo żebrać, albo kraść. Jak poczuli się doświadczeni w ten sposób ludzie, kiedy przestali mieć u kogo żebrać i gdzie kraść, a nie byli przygotowani w ogóle na podjęcie trudu rzetelnego posiadania? Łatwo wzbudzić w takiej sytuacji przekonanie, że każdy, kto ma – ukradł. Słowo prywatyzacja nabiera w tym kontekście zdecydowanie pejoratywnego znaczenia. Tyle jeśli chodzi o posiadanie konia. Jeszcze trudniej jest z duszą. Wychowani na walce klas i zaplutym karle reakcji szukają odruchowo wroga i są gotowi do odwetu. Profesor Franciszek Ryszka pytał: „Zawsze można zdemaskować, zadenuncjować, rzucić błotem. Czy z takim myśleniem można zbudować demokrację?” Ale homo sovieticus to nie tylko ONI, to także ja. Mam problem z tym czy człowiek ma prawo do posiadania samego siebie. Jest mi ciężko, bardzo ciężko się zgodzić na to, że jest zupełnie inaczej, niż miało być. Moje chciejstwo i oświeceniowy optymizm stają mi kością w gardle. Dręczą mnie pojawiające się co dzień nowe pytania:
  • Jak to – miała być gruba kreska, a jest ustawa lustracyjna?
  • Jak to – miało być porządne szkolnictwo, a jest Roman Giertych?
  • Jak to – miała być oświecona demokracja, a tu sejm poważnie dyskutuje,a następnie głosuje i ostatecznie zgadza się w kwestii szkolnych mundurków?
  • Jak to – wolne zawody miały rzeczywiście stać się wolne, a tu dalej się wymaga od lekarzy i od nauczycieli, żeby mieli sumienia do wydzierżawienia władzy, jak karni urzędnicy. Nie poprawiono im warunków pracy, za bunt obrzuca się ich błotem.
  • Jak to – mieliśmy się szanować, a tymczasem przestrzeń komunikacji społecznej jest przestrzenią bezpodstawnych oskarżeń, plugawych wyzwisk, kłamstw?
  • Jak to – po Oświęcimiu i marcu 68 mamy taką powtórkę z antysemityzmu, tak, że już lepiej być Żydem, bo jak się jest uczciwym Polakiem to można się spalić ze wstydu?
  • Dlaczego pomnik Romana Dmowskiego stoi w pryncypialnym miejscu Warszawy?
  • Dlaczego marsz ONR w Krakowie po hasłem: „Polska święta rzecz, Żydzi z Polski precz!” nie został ukarany jako demonstracja neonazistowska i rasistowska?
  • Dlaczego nie wprowadza się reformy opieki zdrowotnej w sytuacji głębokiego kryzysu w tej dziedzinie tylko się ten kryzys jakby rozmyślnie w zastraszającym tempie pogłębia?
  • Dlaczego rośnie bezrobocie i emigracja wśród fachowców, w tym inteligentów, których wykształcenie było drogie dla społeczeństwa, a dla nich samych pracochłonne?
  • Dlaczego w kraju szczycącym się od początku ustrojowej transformacji swoim Bankiem Narodowym na czele tego banku stawia się człowieka bez twarzy, cenzusu i poważania w środowisku bankowców?
  • Dlaczego utajnia się zasady prowadzenia polityki zagranicznej stawiając na czele resortu osobę niezdolną do kontaktów z dziennikarzami i nie tylko z dziennikarzami ?
  • Dlaczego prowadzi się kampanię uwłaczających pomówień przeciw autorytetowi intelektualnemu Kościoła Katolickiego w Polsce?
  • Dlaczego pozbawia się samostanowienia instytucje, na których niezależności stoi wszelka demokracja?
  • Dlaczego władza obraża wszystkich oponentów oraz publicznie ich straszy?


To jeszcze nie wszystko, o co chciałabym zapytać. Ale nie zapytam. Ponieważ w języku pogardy bardzo łatwo sobie wyobrazić nikłą merytorycznie zawartość odpowiedzi. Jest to język propagandy. Jako taki jest prosty i przewidywalny:
  • to co nasze jest słuszne,
  • komu się nie podoba, ten jest podejrzany,
  • jest lepiej i tylko wrogowie tego nie widzą, bo są zajęci rzucaniem kłód pod nogi,
  • wszystko możemy zmienić, każdego możemy usunąć,
  • najpierw zrobimy porządek, a potem zmienimy co trzeba wedle własnego planu,
  • mamy większość w parlamencie, więc jest demokracja.


Znam ten akcent, znam intonację. Tak brzmi tęsknota za totalitaryzmem, za władzą nie do zakwestionowania. Ale jest coś jeszcze. Język ten nacechowany jest chęcią odwetu. Wystarczy namierzyć wroga i ukarać go, a reszta już się sama załatwi. Przetoczył się przez nas walec nowej ustawy lustracyjnej. Arytmetyczna większość sejmowa głosowała za ustawą niezgodną z konstytucją. Załóżmy, że nie mając prawniczego wykształcenia posłowie Ci zaufali projektodawcom ustawy, załóżmy, że głosowali w dobrej wierze. Ustawa wzbudziła opór społeczny, naruszyła poczucie prywatności, podzieliła społeczeństwo według daty urodzenia. Jednostka tym się różni od osoby, że jest jedynie jakością statystyczną. Osoba zaś jest obdarzona wolną wolą. Posłowie – jednostki, to arytmetyka. Posłowie – osoby, to moralna treść demokracji. Odpowiedzialność za losy obywateli im zostaje oddana jako depozyt przez wyborców. Ci, którzy odmawiali udziału w lustracji, byli obrażani, zastraszani, pomawiani. Protest euro deputowanego Bronisława Gieremka wielu ludziom sprawił ulgę. Był obroną dobrego imienia Polaków. Pokazywał, że wolność jest dla naszej nacji wciąż i nieustannie wartością najwyższą. Ta postawa doprowadziła do decyzji Trybunału Konstytucyjnego i dowiodła, że demokracja nasza nie jest oparta na samej arytmetyce. Problem dekomunizacji to nieustanna polemika między dwiema racjami. Pierwsza sprowadza się do zdania: „Ślepi jesteście? Nie widzicie, że ONI wszędzie rządzą?”. Druga sprowadza się do stwierdzenia: „Lepiej znosić pozostałości zewnętrzne komunistycznych czasów, niż zatruwać duszę sobie i ludziom powracaniem do ich metod rządzenia”. Lustracja musiałaby każdego z nas, dorosłych mieszkańców PRL zmusić do wyplucie sporej części samego siebie. Bo w każdym z nas siedzi sobie człowiek z peerelu. Nim nie chcemy podpaść, nim tolerujemy głupotę, nim znosimy upokorzenia, ale przede wszystkim: nim się śmiertelnie boimy wolności. W 1933 roku w przemówieniu podsumowującym osiągnięcia pierwszej pięciolatki Józef Wisarionowicz Stalin mówił o eliminowaniu z życia społecznego „byłych ludzi”: „Wyrugowane zostały ze swych pozycji resztki umierających klas: przemysłowcy, i ich czeladź, kupcy i ich poplecznicy, biali oficerowie, byli policjanci i żandarmi.” To przemówienie dało początek fali niewiarygodnego terroru. Szesnaście lat po rewolucji Stalin wykazał się taką przenikliwością i określił, skąd się biorą wszystkie nieszczęścia radzieckiego ludu. Jest wśród polityków, zwłaszcza zaś ex – rewolucjonistów taka nieodparta potrzeba: dopaść odwiecznego wroga, ujawnić, obnażyć, czyli: zdusić zło u samego źródła. Czy w związku z tym powinno się być bardziej wyrozumiałym dla aktualnie rządzących, czy też może należy się przestać czepiać towarzysza Stalina? Ani jedno, ani drugie. W naszych warunkach najważniejszy jest zakaz używania języka pogardy, który jest bez porównania bardziej niemoralny niż najbardziej nawet wyuzdana pornografia, że o nie umundurowanym uczniu nie wspomnę. Zlustrujmy mowę swoją, by nie była agentem totalitaryzmu, dla którego każdy użytkownik może się stać osobową skrzynką informacji. To nie tylko problem parlamentu czy rządu – czyli tych co mówią. To także problem tych, co słuchają. Za nami na razie krótki kurs. Może jeszcze jakoś uda się zapomnieć?



1



bogmis
bogmis
Latest page update: made by bogmis , Jun 29 2007, 4:54 PM EDT (about this update About This Update bogmis Edited by bogmis


view changes

- complete history)
Keyword tags: None
More Info: links to this page
There are no threads for this page.  Be the first to start a new thread.